• machination
    DEFINITION: (noun) A crafty scheme or cunning design for the accomplishment of a sinister end. SYNONYMS: intrigue. USAGE: During his early youth he had to contend against the machinations of a malignant uncle, who would have robbed him of his large possessions. Discuss […]
Check how the word is used

jaki słownik jest najlepszy?

Z kategorii flame-wars: pytanie o najlepszy słownik zadane w grupie anglistów (w sumie zadziała też na specjalistów od jakiegokolwiek języka) wywoła najprawdopodobniej wojnę albo spłynie jak po kaczce (angliści mają to do siebie, że co trudniejszych  pytań po prostu nie słyszą) .

Gdyby jednak potraktować pytanie z minimalną dozą dobrej woli należałoby odpowiedzieć:

Do czego? (ewentualnie Dla kogo?)

W sumie to jasne, że inaczej będzie wyglądał słownik przeznaczony dla uczniów, inaczej dla tłumaczy, a jeszcze inaczej dla specjalisty z danej dziedziny. I wbrew pozorom nie chodzi tylko o ilość słów. Można wyliczać mnóstwo cech takich jak wymowa (i sposób jej zapisu), przykłady (w zdaniach czy kolokacjach), informacje gramatyczne itd.,  którymi będą różnić się słowniki. Tyle że, choć ważne, mają drugorzędne znaczenie. I tu kolejny truizm. Na nic się nie przyda nawet najbardziej rozbudowany i  szczegółowy słownik jeśli będzie tylko stał na półce.

Właśnie dlatego zapytany o “najlepszy słownik” wymieniam Oxford Pocketa, i nie dlatego, że wydawnictwo Oxford wykazało się geniuszem większym niż wszyscy inni wydawcy słowników kieszonkowych. Po prostu Pocket Oxforda jest (a) cienki i rzeczywiście kieszonkowy w odróżnieniu od mniejszych nawet o połowę, ale 3 razy grubszych; (b) nie ma zbyt wielu błędów, czy jak chcą niektórzy – uproszczeń; (c) jest tani i dostępny w większości księgarń językowych.

Ale on ma za mało słów, brakuje przykładów, wymowa nie zawsze… – argumenty przeciw można mnożyć. I to już jest ta faza dyskusji,  o której pisałem wyżej. Wytaczamy działa, zapalamy lonty, gryzący zapach prochu… ekhem

To może StarDict?

StarDict jest słownikiem komputerowym. Nie pierwszym i zdecydowanie nie jedynym, ale całkiem możliwe, że najlepszym. Uwielbiam słowniki komputerowe i nie tylko dlatego, że nie ruszam się z domu (do pracy) bez netbooka wielkości przeciętnej książki, ale też dlatego, że w praktyce słownik przydaje się właśnie wtedy kiedy i tak siedzisz przed komputerem. Albo coś piszesz (maila) albo czytasz (z internetu). A że niektórzy czytają też papierowe książki? Wspominalem o Pockecie Oxfroda, prawda?

StarDict jest za darmo. StarDict jest opensource’owy. StarDict działa na Linuxie i Windows. Jakby tego było mało StarDict w wersji Windows można również instalować w wersji przenośnej np. na pendrive’ach.

Już chcesz? http://stardict.sourceforge.net/

Na stronie dowiesz się, że StarDict obsługuje Fuzzy Querry, tłumaczenia pełnotekstowe , przechwytuje słówka wskazane myszką w innych aplikacjach, współpracuje z Net Dict i w ogóle jest super-hiper. Jeśli się wczytasz dowiesz się też że po instalacji StarDict nie zawiera… jeden z wielu dostępnych słowników – WordNet. No tak – StarDict jest interfejsem a nie stricte słownikiem.

Słabo?

Wprost przeciwnie. Pewnie masz już kilka słowników komputerowych. PWN-Oxford, Collins, może jakiś Merriam-Webster albo cokolwiek z Learner’s w nazwie. Korzystasz z każdego z nich i zastanawiasz się, który (no właśnie) jest najlepszy. Stardict może przeszukiwać je wszystkie.  PWN-Oxford skonwertujesz sam korzystając z konwertera, ale wcale nie musisz – wystarczy, że zajrzysz na:  http://yeelou.com/huzheng/stardict-dic/ i ściągniesz gotowy słownik*.

Spróbujmy znaleźć coś co w wersji papierowej może nawet stoi na twojej półce. Przewiń stronę nieco w dół i kliknij Babylon, później  English Dictionaries i wreszcie wybierz link “tarball” przy Oxford Advanced Learner’s Dictionary (albo nie robiąc sobie wycieczki, kliknij od razu tu).

Cztermegabajtowy(!) plik słownika zapisz gdzie tylko chcesz i tak trzeba go będzie rozpakować (pliki *.tar.bz2 w Windows rozpakujesz np. darmowym 7-zip – zwróć uwagę żeby rozpakować plik “do końca”, w pliku .bz2 spakowane jest archiwum .tar a dopiero w nim trzy pliki słownika – .dz, .idx i .ifo).

Wypakowane pliki trzeba przenieść do folderu StarDicta – w przypadku zwykłej instalacji będzie to C:\Program Files\Stardict\dic\ (najlepiej umieścić je we własnym folderze – tak aby nie pomieszać różnych słowników).

StarDict będzie wymagał ponownego uruchomienia i uaktywnienia nowego słownika. Znajdź opcję “manage dictionaries” (druga ikonka po prawej na dole okna) i dodaj słownik (niebieski znak plus) do domyślnej, albo nowej grupy.

Skoro jesteśmy w ustawieniach warto jeszcze wyłączyć domyślny skrót przywołujący główne okno programu, który przeszkadza w pisaniu “ż jak żaba”.

* inną kwestią jest legalność takiego rozwiązania. W Polsce możesz posiadać kopię bezpieczeństwa, to czy cyfrowa konwersja papierowego słownika spełnia tę definicję to już inna para kaloszy…

Check your tone, man! (or jak uprzejmie napisać, że…)

Czego ci Amerykanie nie wymyślą!

screenshot from http://tonecheck.com

ToneCheck jest dodatkiem (pluginem) do Outlooka (powstają już wersje na inne programy do obsługi poczty a nawet interfejsy webowe takie jak gmail.com), który sprawdza jakie emocje  może wzbudzić nasz mail.

Z punktu widzenia użytkownika narzędzie działa tak jak sprawdzanie pisowni tyle, że zamiast sugerować “poprawną” wersję – określa na skali od “Przyjaźni/sympatii” poprzez “rozbawienie”, “wdzięczność” po “żal”, “złość” a nawet “upokorzenie” ładunek emocjonalny każdego zdania. Użytkownik może uznać, że chce wysłać wiadomość – lub zdanie po zdaniu zmienić ją tak by ToneCheck wskazywał jedynie zamierzone przez niego emocje.

Zdania co do użyteczności są podzielone – większość recenzji, na które trafiłem nie jest przesadnie entuzjastyczna [Tone Check: Niedopowiedzenie]  ale ponieważ na razie plugin jest darmowy to warto spróbować samemu. Oczywiście narzędzie działa tylko na tekst po angielsku ale i tu pojawia się ciekawe zastosowanie – osoby uczące się języka mogą dzięki temu poeksperymentować z synonimami w ćwiczeniach typu zmień gniewny mail tak, by był uprzejmy.

wolę e-booki

Wpadło mi w ręce fantastyczne czytadło. Fantastyczne gatunkowo – jakościowo raczej znośne. Ale nie w tym rzecz. Droga Cienia to pierwszy tom trylogii Brenta Weeksa o przygodach Merkuriusza. Brent Weeks jest autorem amerykańskim, The Way of Shadows to jego pierwsza powieść – a jej bohaterem jest Azoth…

hmmm…

…zgrzyt…

google

no tak. Tłumaczka polskiego wydania (na zlecenie MAGa) Małgorzata Strzelec (między innymi Kłamstwa Locke’a Lamory, Wojna Kwiatów Tada Wiliamsa i Stare Wydania Stephensona) postanowiła pobawić się w Łozińskiego.

I nic nie da, że lubię tłumaczenia i zdjęcia* pani Strzelec.

Jak dowodzi Beata Kajtanowska na Katedrze, zmiana imienia z wersji angielskiej – Azoth na (spolszczone?) – Merkuriusz była podyktowana faktem, że słowo to ma w terminologii alchemicznej swój polski odpowiednik – Merkuriusz. Niestety – typowemu polskiemu czytelnikowi fantasy Merkuriusz nie kojarzy się ani z rtęcią, ani z azotem, ani z alchemią czy magią – za to dość jednoznacznie przywodzi na myśl starożytnego Rzymianina w todze.

I mimo, że google poniżej na trzeciej pozycji podaje link (http://alhim.republika.pl/slownik.htm) do podręcznego słownika alchemika, to niestety, toga, klapki i laurowy wieniec jakoś nie chcą się odczepić od podświadomej wizualizacji głównej postaci (która w podobnych strojach na kartach książki, w ogóle nie chadza).

Ale dlaczego wolę e-booki? Ano dlatego, że dzięki prostemu zabiegowi mogę się pozbyć podświadomej charakteryzacji jaką funduje mi Strzelec.

Ctrl+H w Wordzie Merkuriusz w górnym polu wpisywania, Azoth w dolnym – klikam OK i funkcja Znajdź i zamień zmienia postać na powrót w taką, jaką chciał widzieć Brent Weeks.

I właśnie dlatego wolę  e-booki.

* GW całkiem przypadkiem bardzo trafnie diagnozuje problem. Małgorzata Strzelec tłumaczką (tłumaczem) jest wyłącznie z zawodu. Z wykształcenia psychologiem, a z zamiłowania podróżnikiem i fotografem. A szkoda.