Moleskine vs Palm
Od dawna (kiedy Palm m100 był nowością) jestem dość mocno uzależniony od produktów z kółeczkiem w logo. Od jakiegoś czasu dałem się zarazić (i chyba infekuję dalej) snobistycznym moleskinem.
I co z tego, że Hemingway wcale nie miał takiego. Ascetyczna czerń coś w sobie ma.
Moleskine to jednak nie tylko linia notesów, ale (może przede wszystkim – patrząc na ilość – kalendarzy). No i tu zaczyna się mój problem. Brak możliwości przekładania kartek i dodawania nowych, niewielkie możliwości “re-konfiguracji”, brak miejsca na długopis…
Moleskine zdecydowanie nie jest produktem idealnym. Ani przeznaczonym do planowania i organizacji zadań. Świetnie za to sprawdza się we wspieraniu kreatywnego (i zarazem artystycznego) myślenia. Wysoka jakość wykonania, szczególnie w połączeniu z budującą prestiż (nie)dostępnością sprawia, że kilka linijek notatek można celebrować popijając macchiato w Starbucksie.
A palm? Palm pika przypomnieniem, że pora brać się do pracy.


