Ponieważ mam teraz więcej czasu, pora nadrobić zaległości w hospitowaniu lekcji.
Najpierw jednak czas na zmiany. Po pierwsze, nie lubię tego słowa – hospitacje – i to nie byłby problem gdyby nie to, że nie jestem w tym osamotniony. Lektorzy nie lubią hospitacji, uczestnicy lekcji nie lubią hospitacji. Metodycy też nie.
Za to dość wyraźnie da się odczuć, że nasi lektorzy zajęć tradycyjnych są nieco pozostawieni sami sobie. O ile sami nie przyjdą z problemami i pytaniami i tak długo jak zajęcia odbywają się bez przeszkód a klient jest szczęśliwy, nie dzieje się nic.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że lektor – jak każdy inny wykonujący wolny zawód, w pewnym momencie zaczyna się czuć niepewnie. Budzą się wątpliwości. “Czy ja to robie dobrze?”, “Nawet jeśli tak, może można lepiej? Albo inaczej?”
I wtedy przydaje się program wsparcia metodycznego. Ktoś, kto przyjdzie, popatrzy z boku, poklepie po plecach i powie – “Trzymaj tak dalej. A przy okazji wydłuż trochę czas na powtórki i nie zagaduj Pani Joli – ona by się chciała odzywać tylko potrzebuje więcej czasu.”
Przy okazji z 4 stron A4 i pisaniny zajmującej chyba więcej czasu niż sama lekcja udało się zrobić jedną,treściwą kartkę (z miejscem na stronę pisaniny na odwrocie).
Niemiecki, francuski, hiszpański, włoski, rosyjski, polski i inne łącznie stanowią około 50% księgozbioru – druga połowa to język Shakespeare’a – a może raczej (patrząc na tematykę książek), Saberhagena, Resnicka* i Sheffielda – czyli niezbyt szeroko znanych w Polsce, ale cenionych na świecie twórcow klasycznej Science Fiction i Fantasy.

